Przecież to tylko drobna zmiana…terminu


Gdy rozpoczyna się nowy miesiąc siadasz i planujesz skrupulatnie kiedy które zadanie należy wykonać. przy planowaniu doliczasz „co nieco” na wypadek jakichś wrzutek, bo przecież zawsze się jakieś trafią. Zaczynasz realizować zadania – jedno po drugim. W końcu siadasz do zadania X. Wiesz, że masz jeszcze półtora tygodnia na jego wykonanie, więc wiesz, że zrealizujesz je dokładnie i co najważniejsze – w wyznaczonym terminie.

A tu nagle ktoś „z góry” stwierdza, że jednak nie masz jeszcze 10 dni na realizację zadania, a ledwie 3. A dlaczego? Czy potrzebuje tego prędzej? Nie. Czy od wyników tego zadania zależą inne kwestie? Nie bardziej niż od innych zadań dla tej osoby wykonywane. Zatem skąd to skrócenie deadline’u? Bo tak, bo można, bo ktoś miał taki kaprys. A teraz siedzisz i zakrzywiasz rzeczywistość, by siedem roboczodni zmieścić w 24 roboczogodziny przy równoczesnej realizacji wrzutek, których coraz więcej się tworzy. Bo przecież miesiąc się kończy, bo przecież rok się kończy i ten, czy tamten musi mieć to, czy tamto  na wczoraj, a przychodzi dzisiaj, przy czym o co mu dokładnie chodzi wyjaśni dopiero jutro..

Czy na prawdę tak trudno jest prędzej niż na ostatnią chwilę wysłać maila albo zadzwonić? I nie, nie czepiałbym się, gdyby to były jednostkowe przypadki tyczące się różnych osób. I o ile można się domyślić, że termin zostanie odgórnie skrócony, o tyle nigdy nie wiadomo o ile. Choć jest tendencja rosnąca